2 - Pazerniactwo czyli "gorączka grzybiarza"

Date of publication: 10 february 2019
0 0

Pazerniaczyć, kosić, ścinać, byle tylko nie przeginać! Krótkie historyjki oraz "Zasady Zrównoważonego Pazerniaka" Doroty Ziembli spisane specjalnie dla MushroomHunter.pl

Pazerniactwo, to straszna choroba wśród grzybiarzy– przychodzi znienacka, potrafi zawładnąć duszą i ciałem, pogłębia się z czasem, jest nieuleczalna i całkiem przyjemna dla zarażonego.

Niezwykle często dopada grzybiarzy i sprawia, że z biciem serca ganiają po lasach, żeby zbierać kosić, ścinać, zapełniać koszyki, wiaderka, bagażniki, podręczne torby, anużki (czyli zasobniki na grzyby wzięte do lasu na wszelki wypadek – a nuż się coś trafi), a czasem nawet kieszenie czy kaptury, kiedy już nigdzie nie ma miejsca na kolejne okazy. Znacie zapewne ten stan euforii, ekscytacji czy wręcz ekstazy, kiedy zrywając jednego grzybka, widzicie kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt kolejnych. Nie wadzi Wam wtedy palące słońce, strugi deszczu, stada komarów, strzyżyków i innych insektów, które potrafią dać się we znaki. Jeżeli choć raz doświadczyliście takiego stanu, to znaczy, że pazerniactwo Was nie ominęło. Sens tej przypadłości oddaje doskonale znany dowcip:

„Przychodzi wycieńczony pazerniak do apteki i prosi:

- Pani magister da mi coś na pazerniactwo!

- Ale, co, jak, jakie lekarstwo??? – pyta pani aptekarka.

- Wszystko jedno jakie, byle dużo, dużo, dużo…”

 

 

Pazerniak najbardziej cierpi, kiedy widzi obiekty swego pożądania i nie może ich ze sobą zabrać.

Doświadczyłam tego boleśnie na własnej skórze, kiedy wracałam na końskim grzbiecie z Jordanowa do Krakowa. Taki dwudniowy rajd na zakończenie wakacji, którego ponad połowa trasy prowadziła przez górskie lasy. Ostatnie dni sierpnia, po obu stronach dróg, którymi przejeżdżaliśmy, a często nawet na drogach rosły setki, a może nawet tysiące borowików, o innych gatunkach już nawet nie wspominając. A ja nie miałam jak ani do czego ich zabrać. Serce krwawiło, a część przyjemności z jazdy pozostała przy tych wszystkich wspaniałościach, na które mogłam tylko popatrzeć. Pytałam ich, czemu mi to robią, ale one tylko wciskały głębiej kapeluchy, żeby nie rzucać się w oczy aż tak. Opowiem Wam jeszcze jedną historię pazerniaczego cierpienia. Z moim grzybowym przyjacielem Zibim pojechaliśmy na tygodniowe wczasy grzybowe do Zubrzycy Górnej. Takie wczasy polegają na codziennym zbieraniu i przerabianiu grzybów od przedświtu do ciemnej nocy. Penetrowaliśmy zbocza góry Czyrniec. Na dole nie było prawie nic, ale kiedy weszliśmy wyżej, znaleźliśmy się w grzybowym raju – tysiące borowików szlachetnych i ceglastoporych, miliony koźlarzy świerkowych i całe stada innych pozyskowych gatunków. Szybko napełniliśmy kosze i zaczęliśmy schodzić w kierunku parkingu. A pod nogi ciągle wchodziły nam kolejne owocniki. Zatrzymywaliśmy się, obieraliśmy je skrupulatnie i chowaliśmy do kieszeni, które wkrótce zostały zapełnione. Wyobraźcie sobie dwóch spoconych pazerniaków, każdy z dwoma koszami w rękach i grzybami wystającymi z kieszeni. Nie było już jak brać kolejnych. Szłam przodem i zaciskając zęby nie zatrzymywałam się przy kolejnych okazach. W pewnym momencie słyszę, jak Zibi przemawia do grzybów – „ja was już nie widzę, nie chcę was już widzieć!” A za chwilę mówi do mnie: „Dorotka, idę z zamkniętymi oczami, bo już ich nie chcę więcej widzieć.” Doskonale wiedziałam, co czuje, bo mnie też było okrutnie przykro, że nie możemy zabrać więcej grzybków, ale, jako, że staram się nawet w tak ekstremalnych sytuacjach myśleć logicznie, powiedziałam mu, żeby raczej nie ryzykował, bo jak się przewróci z tymi koszykami, to jego piękne grzyby zamienią się w masę grzybową. Ten argument przemówił do niego, ale ja do końca życia nie zapomnę twarzy Zibiego przepełnionej bólem z powodu niemożności dalszego pazerniaczenia.

 

Tak, jestem pazerniakiem i wcale się swojego pazerniactwa nie wstydzę, a nawet jestem z niego dumna.

Przez długie lata myślałam nawet, że jestem pazerniakiem nad pazerniaki, bo przecież w lesie bywam bardzo często, zbieram grzyby przez cały rok, zawsze mam pod dostatkiem grzybowych zapasów, którymi regularnie obdarowuję szerokie grono znajomych, a przede wszystkim wykorzystuję każdą okazję, żeby tylko wpaść do lasu i cokolwiek jadalniaków dorwać. Ostatnio jednak zweryfikowałam ocenę swojego własnego pazerniactwa, uznając, że są osoby głębiej niż ja dotknięte tą chorobą. Po dogłębnej analizie faktów i przeprowadzeniu wewnętrznej dyskusji z moją pazerniaczą duszą, stworzyłam dwa nowe w grzybiarskim slangu pojęcia – pazerniactwo zrównoważone i pazerniatwo niepohamowane. Pewnie dałoby się jeszcze wskazać i opisać szereg form pośrednich, bo wiadomo nie od dziś, że nic nie jest czarne ani białe, ale na chwilę obecną zajmę się tymi dwoma objawami pazerniaczej choroby.

 

Zacznijmy od pazerniactwa, nad którym grzybiarz nie ma kontroli.

Wpada taki delikwent do lasu, widzi, że grzybów jest od groma i jeszcze trochę. Cieszy się, że ma pusty bagażnik, do którego będzie mógł wsypywać zawartość kolejnych koszy, które bez trudu dziś napełni. Wtem widzi, że parę metrów dalej jakaś konkurencja się skrada. Zaczyna więc nerwowo biegać między drzewami, wyrywając w biegu każdego grzybka, który wpadnie mu w oko. Nie patrzy, czy jest to żłobkowy maluszek, czy stary owocnik z bogatym życiem wewnętrznym, jeśli tylko nie rozpada się całkiem w rękach, trafia do koszyka, obowiązkowo z „połową lasu”, czyli fragmentami grzybni i sporym dodatkiem ściółki. Cieszy się nasz pazerniak, że szybko kosz napełnia i w dodatku biega szybciej niż inni pozyskiwacze. Bo to przecież ważna rzecz, żeby być szybszym i sprawniej zbierać niż pozostali, żeby mieć, dużo, dużo, więcej niż jakikolwiek inny grzybiarz. Znajduje wielki okaz borowika, który co prawda rusza się z powodu ogromnej ilości żywego farszu, ale nic to, cieszy się nasz pazerniak. Chciałby nawet zdjęcie zrobić, ale czasu mu szkoda. Można przecież tego grzybka wrzucić razem z innymi i zrobić fotkę później, kiedy już nie będzie zagrożenia ze strony konkurencji. Koszyk pełny, foliowa reklamówka wyjęta z kieszeni też już dopchana po brzegi. Biegnie nasz pazerniak do samochodu, żeby zostawić dotychczasowy pozysk i ruszyć po następną partię grzybów. Nic to, że w tym biegu często depcze po grzybach, które wtargnęły mu na trasę. Nie widzi ich, więc nie odczuwa straty. Takich kursów może zrobić kilka. Co prawda ociera pot z czoła, nogi trochę bolą, ale jakże podarować życie tym wszystkim grzybom, które jeszcze zostały w lesie??? Jak pozwolić, żeby znaleźli je inni grzybiarze??? Pazerniak nie odpuści, dopóki nie nasyci się w pełni. Wreszcie, padając już na paszczę, stwierdza, że napazerniaczył się wystarczająco. Patrzy z dumą na zapełniającą bagażnik masę grzybową z bogatym dodatkiem liści, ziemi, patyczków, ślimaków i robali. Cyka nawet fotkę, żeby pochwalić się na fejsie. Jedzie do domu i ponownie patrzy do bagażnika. W czasie transportu grzybki pogniotły się jeszcze bardziej, niektórym odpadły kapelusze, z innych wypełzły ślimaki i robactwo. I to wszystko pomieszane z leśnymi dodatkami. I wtedy po raz pierwszy pojawia się myśl – „Ło matko i córko i zielona jaszczurko… Kiedy ja to obrobię???” Pazerniak jest zmęczony. W końcu biegał po lesie parę ładnych godzin. Stwierdza, że najpierw odpocznie trochę, piwko wypije dla poprawy nastroju i weźmie się do roboty. Grzyby zostają w bagażniku, słońce świeci, blacha się nagrzewa. Pazerniak odsapnął, wziął prysznic, piwko wypił albo i dwa, fotkę na fejsa wrzucił, lajki przeliczył i zrezygnowany poczłapał do swojego zbioru. Udało mu się wybrać parę młodszych sztuk, które jako tako przetrwały do wieczora. Reszta nie nadawała się już do konsumpcji, no chyba, że dla robali, które koncertowo się rozmnożyły i rozprzestrzeniły przez te kilka godzin. No dobra. Tych parę ładnych jeszcze owocników trafiło pod nóż do kuchni, ale co zrobić z resztą? Najłatwiej zapakować do dużego foliowego wora i wyrzucić do kosza na śmieci. W ten sposób na wysypisko trafią zmarnowane owocniki, grzybnia wydarta ze ściółką, rzesze ślimaków i owadów. Wszystko zamknięte szczelnie w foliowym worze. Wszystko skazane na zagładę. A sporo z tego mogło zostać w lesie i żyć…

Oczywiście przejaskrawiłam sytuację i osobę występującą w opisanym grzybobraniu, które lepiej i adekwatniej byłoby nazwać grzybobiciem, ale takie pazerniactwo można spotkać w realu, chociaż może na trochę mniejszą skalę.

Miałam okazję kilkakrotnie przeglądać kosze takich pazerniaków, którzy zbierali „jak leci”, bez wstępnego oczyszczenia grzybków w lesie, a często również bez umiejętności rozpoznania niektórych grzybów niejadalnych. Sam widok owocników oklejonych ściółką i wrzuconych byle jak do koszyka/wiaderka/siatki był niezwykle przygnębiający, a obrobienie takiego zabrudzonego zbioru musi zajmować z pięć razy więcej czasu niż przerobienie grzybów oczyszczonych wstępnie tuż po znalezieniu. W czasie ostatnich wakacji znajomi przyjechali na grzyby jeszcze przed świtam. Jak mi później powiedzieli, spieszyli się, żeby w lesie być wcześniej niż ja. (Nieważne, że tych lasów jest dookoła mnóstwo i niekoniecznie trzeba chodzić codziennie do jednego). Ja wyszłam z dzieciakami później i wróciłam nieco wcześniej niż oni. Zdążyłam tylko rozłożyć swoje miski i siatki do suszarni, kiedy wrócili i oni z czterema koszami i skrzynką. Prosili, żeby przejrzeć ich pozysk, więc zostawiłam swój zbiór i zaczęłam przeglądać i segregować grzyby znajomych, otrzepując z nich trochę ogromne ilości ściółki, jakie wraz z owocnikami znalazły się w koszach. Wśród zebranych grzybów znalazły się mikroskopijne borowiki wydłubane ze ściółki i ogromne okazy, które już zaczynały pleśnieć i wręcz wyskakiwały z koszyka z powodu ogromnej ilości żywego białka. Przejrzałam cały zbiór grzyb po grzybie, tłumacząc, pokazując, który robaczywy, który za stary, a który za młody. W efekcie odrzuciliśmy dwa kopiate kosze, które następnego dnia wyniosłam i wysypałam w lesie. Plusem tej brutalnej segregacji był ich następny pozysk, który prezentował się zdecydowanie lepiej.:)

Jakie zagrożenia wynikają z takiego niepohamowanego pazerniactwa?

Można wymienić kilka. Przede wszystkim zniszczeniu ulega ściółka wraz z fragmentami grzybni, które zostają wyniesione z lasu razem z owocnikami, a to skutkuje dłuższym oczekiwaniem na kolejny zbiór. Niszczone są również stare okazy, które nijak nie nadają się już do konsumpcji, ale mogłyby dokonać żywota w lesie i wysiać zarodniki, z których w przyszłości wyrosłyby kolejne pokolenia grzybków. Podobny los spotyka maluszki, którym pazerniak nie pozwolił dorosnąć. Tyle strat ze strony lasu, a co traci pazerniak? Przede wszystkim czas na obróbkę grzybów. Taki nieoczyszczony na miejscu pozysk wymaga ogromnego nakładu czasu i sił, aby uzyskać produkt końcowy – grzyby gotowane, duszone, suszone czy marynowane. Pal jeszcze licho, jak grzyby są suche, bo wtedy tak bardzo się nie pogniotą i nie obkleją fragmentami ściółki, ale po deszczu taki nieoczyszczony pozysk wygląda tragicznie. Istnieje też realne niebezpieczeństwo, że wśród wyrywanych w biegu owocników trafi się jakiś gatunek niejadalny. Oczywiście można powiedzieć, że odrzuci się go podczas obróbki, ale prawda jest taka, że pogniecione i zmęczone transportem owocniki jest zdecydowanie trudniej rozpoznać niż w chwili znalezienia ich w lesie.

Tak, jestem pazerniakiem, ale daleko mi do takiego pazerniaczenia, jakie opisałam.

Opowiem Wam o moim pazerniactwie. Przede wszystkim uwielbiam moją chorobę, ale równocześnie kocham las i grzyby. Dlatego nie potrafiłabym szkodzić im, a przy okazji sobie. Nigdy nie zebrałam więcej grzybów, niż byłabym w stanie obrobić. Nigdy nie zmarnowałam ani jednego grzyba wywleczonego z lasu. Kłóciłoby się to z szacunkiem, jakim darzę całą przyrodę. Od dzieciństwa fascynowała mnie kultura i podejście do przyrody Indian Północnoamerykańskich, którzy brali z natury wszystko, czego potrzebowali w ilościach adekwatnych do potrzeb, co wzięli, wykorzystywali i dziękowali przyrodzie, że pozwoliła im wziąć swoje dary. Ja tak samo podchodzę do lasu i jego darów – jak już coś sobie zabieram, to nie mogę pozwolić, żeby się zmarnowało. Ponieważ zabieram niemało, to i roboty z przetwarzaniem zbiorów mi nie brakuje. Za obróbkę zabieram się najszybciej, jak to możliwe. Zazwyczaj po powrocie z lasu robię szybki przegląd dzieciaków pod kątem obecności kleszczy, karmię je i zaraz zabieram się za grzyby. Mam taki wewnętrzny przymus, żeby nie pozwolić im leżeć w koszykach i czekać długo. Znajomi śmieją się ze mnie, że grzyby są dla mnie najważniejsze, bo zamiast z nimi posiedzieć i pogadać, to ja siadam i gadam z grzybami. Żeby ułatwić i usprawnić proces obrabiania, zawsze oczyszczam wstępnie grzyby tuż po znalezieniu. Wolę spędzić więcej czasu w lesie i na miejscu zostawić leśne paproszki, niż robić to po przyniesieniu zbioru do domu. W koszyku staram się układać grzyby gatunkami, co również przyspiesza późniejszą obróbkę. Nie zrywam też starych owocników, więc mam w koszyku więcej miejsca na młodsze sztuki. Od razu w lesie sprawdzam czy grzyby nie są zaczerwione i zabieram tylko te, w których nie mieszkają żadne zwierzątka. Staram się też usunąć z owocników wszystkie ślimaki, nie tylko ze względu na ich dobro i pozostawienie ich w lesie, ale również dlatego, żeby nie zeżarły więcej grzybka, który jest już mój. Trudniej jest mi powstrzymać się przed zbieraniem małych owocników, które wyglądają i smakują rewelacyjnie na przykład w marynacie. Przyznam się, że pozyskuję takie trzycentymetrowe Borowiczki i pakuję je do słoików, ale już mniejsze zostawiam, żeby podrosły dla mnie lub dla jakiegoś innego grzybiarza. Obróbką zajmuję się sama, bo nie mam zaufania do pomocników. Chociaż staram się odrzucić wszystkie zaczerwione egzemplarze od razu w lesie, zawsze trafi mi się w koszyku jakaś sztuka, w której robale dobrze się zakamuflowały. Mój kochany Pawełek próbował mi parę razy pomagać w obieraniu grzybów, ale jak zobaczyłam, że raz i drugi przepuścił jakąś dziurkę, twierdząc, że to całkiem zdrowy grzybek, zwolniłam go z pomocy. Wykorzystuję go tylko do mycia kurek, w czym wyszkolił się perfekcyjnie. Czasem sobie myślę, że cudownie byłoby chodzić cały dzień po lesie i tylko przynosić kolejne pełne koszyki, a następnie oddawać je komuś do obrobienia. Ale musiałabym się chyba sklonować, żeby jedna Dorotka zbierała w lesie, a druga przerabiała. Resztki z obrobionych grzybów wrzucam do pustego koszyka i następnego dnia wynoszę je do lasu. Zdradzę Wam jeszcze jedną tajemnicę – ja wcale nie lubię, kiedy w lesie jest grzybów nie do wyniesienia, bo wtedy za szybko nazbieram i nie zdążę sobie pochodzić. Z taką ogromną ilością pozyskowych gatunków jest fajnie dwa, trzy dni, ale kiedy mega wysyp trwa ponad tydzień, staje się to męczące. Miałam tak raz na mojej ukochanej Orawie. Grzyby rosły jak szalone przez ponad miesiąc bez przerwy. Wtedy postawiłam sobie ograniczenie – koszyk rano i koszyk po południu. Dwa dziennie przez miesiąc to i tak było dużo. Wystarczająco, żeby zaspokoić moje pazerniacze żądze. Dwukrotnie w mojej grzybiarskiej karierze trafiłam na takie ilości grzybów, że wiedziałam, że nie dam rady ich wszystkich zagospodarować – raz były to boczniaki, drugi raz gąski. A tak bardzo, bardzo chciało mi się je wszystkie spazerniaczyć. Obdzwoniłam więc znajomych z pytaniem, czy przygarną część zbiorów i jak już miałam zapewniony zbyt, mogłam się całościowo oddać pasji koszenia. Zastanawiacie się pewnie, co ja robię z ogromnymi ilościami przetworzonych grzybów. Otóż dodaję je do czego się da. Nie jadam mięsa, a grzyby są jego doskonałym zamiennikiem. Używam ich więc bez ograniczeń. Nie udaloby mi się jednak samodzielnie wykorzystać wszystkich zgromadzonych zapasów, więc dzielę się nimi z całą rzeszą znajomych, którzy uwielbiają grzybki jeść, ale do lasu chodzić już nie są w stanie albo nie przepadają za szukaniem i zbieraniem. Dzięki takim osobom ja mogę sobie spokojnie pozwolić na pogłębianie się mojej pazerniaczej choroby, a one mogą się cieszyć smakiem grzybów zbieranych i przerabianych z miłością.

 

Myślę, że większość z Was uprawia właśnie takie pazerniactwo, jak ja, więc powinno Wam się spodobać te kilka wypunktowanych zasad zrównoważonego pazerniaka, którymi zakończę ten wpis.

  1. Zadbaj o bezpieczeństwo i podstawowe wyposażenie podczas wyprawy do lasu.

  2. Szanuj las, jego dary i mieszkańców.

  3. Nie bierz z lasu więcej grzybów, niż jesteś w stanie wykorzystać i przetworzyć.

  4. Zbieraj tylko te grzyby które znasz i wiesz że nie są pod ochoroną.

  5. Nie zabieraj z lasu starych, robaczywych i nienadających się do jedzenia okazów.

  6. Zanim zjesz grzyby upewnij się czy są jadalne, niektóre popularne gatunki mają swoje niejadalne lub trujące sobowtóry.

  7. Oczyszczaj grzyby od razu po znalezieniu, dzięki czemu znacząco skrócisz czas późniejszej obróbki i zmniejszysz szansę na zabranie trujaka.

  8. Zbieraj grzyby do przewiewnych koszyków, w których dobrze znoszą transport.

  9. Obrabiaj swój pozysk najszybciej jak to możliwe po powrocie z lasu.

  10. Nie traktuj innych grzybiarzy jak zła koniecznego i bezwzględnej konkurencji.

  11. Ciesz się możliwością leśnych spacerów i korzystania z darów lasu.

  12. Dziel się z innymi swoją pasją, pazerniaczą chorobą i jej efektami.

To pisałam ja – Dorota, pazerniak kochający las i grzyby, czekający już z niecierpliwością na wiosenne grzybobrania. Jeśli chcielibyście poczytać więcej o moim pazerniactwie, zapraszam na blog „Moja Menażeria”, gdzie znajdziecie mnóstwo relacji z moich leśnych wypraw.

Jeżeli ten artykuł wydał Ci się ciekawy i chcesz przeczytać więcej podobnych to prosimy polub go, skomentuj lub udostępnij. Aby pozyskać materiały od znanych i barwnie opowiadających swoje historie grzybowych aktywistów musimy im pokazać, że chcemy aby dla nas pisali. 

Zapraszamy również na nasze profile w mediach społecznościowych

facebook.com/MushroomHunterPL

instagram.com/mushroomhunter_pl

 

LEAVE COMMENT

Your e-mail address will not be published. Comment before publication must be accepted by the Administrator. Fields that are required to be filled in are marked with *

*
*
*
Find us on Facebook
Find us on Instagram